niedziela, 17 lipca 2011

Smok i jerzy


Świat fantastyki okupowany jest przez wielu pisarzy, zarówno tych z ogromnym bagażem doświadczeń na tym polu, jak i tych debiutujących. Gordona R. Dicksona ze spokojem mogę nazwać "dinozaurem" gatunku, gdyż jego dorobek literacki jest godny podziwu, a żadne dzieło tego fantasty nie ma szans spotkać się z ignorancją ze strony czytelnika.
Nie inaczej jest z wydaną w 1991 roku przez Amber książką pod legendarnie brzmiącym tytułem "Smok i jerzy". Przyznacie, że sam tytuł intryguje, chociażby, napisanym z małej litery, imieniem w nim zawartym. Koło okładki autorstwa Borisa Vallejo też nie można przejść obojętnie. Z pierwszego planu dumnie spogląda na nas jakieś smoczysko wraz z długowłosą łuczniczką, której za nic nie można odebrać uroku. Nieco bardziej w tle pojawia się rycerz w lśniącej zbroi, z opuszczoną przyłbicą, siedzący na białym koniu. Tak barwna ilustracja może być obietnicą równie barwnej i baśniowej treści. Na szczęście na samych obietnicach nie stanęło.

Głównym bohaterem całej historii jest świeżo upieczony doktor historii średniowiecza. James Eckert mimo swego wykształcenia boryka się z wciąż aktualnym i znanym nam wszystkim, problemem bezrobocia. Pragnie on bardzo zostać wykładowcą na uniwersytecie, by móc, wraz ze swoją dziewczyną, wieść godne i pełne szczęścia życie. Po kolejnym rozczarowaniu na polu zawodowym, młody człowiek dochodzi do wniosku, że w czasach, zdominowanych przez walecznych rycerzy i cnotliwe księżniczki, o których czytywał będąc na studiach, wiodłoby mu się o wiele lepiej. Nawet nie podejrzewa, jak szybko los pozwoli mu przemyśleć tę śmiałą tezę. Pewnego dnia jego Angie znikła w wyniku źle przeprowadzonej hipnozy. Zdenerwowany i zarazem zmartwiony James postanawia aportować się w ślad za nią. Z pewnym niepokojem zamknął oczy siedząc w laboratoryjnym fotelu, i wiedząc, że to jedyne wyjście, poddał się hipnozie. Otworzył oczy, którym po chwili ukazała się wielka uzębiona paszcza usiłująca coś do niego powiedzieć. Zszokowany chłopak nie dowierzając własnym zmysłom, z trudem zarejestrował słowa smoka. Stwór mówił coś o niedawno schwytanym jerzym. Wszystko to wydało mu się jeszcze bardziej abstrakcyjne, gdy spostrzegł, że jego również natura wyposażyła w szpony, kolczasty ogon i wielkie skrzydła. Powoli wszystko stawało się jasne. Nieoczekiwanie trafił tam, gdzie chciał trafić, jedyną zaś niedogodnością pozostawał fakt, że jest teraz smokiem i nazywa się Gorbash. Jak w tym ciele zdoła odnaleźć Angie i, co najważniejsze, jak ma sprowadzić siebie i ją z powrotem...

Gordon R. Dickson wykreował bardzo epicki, a zarazem bogaty w elementy humorystyczne, świat w którym obsadził swoich smoczych i człowieczych bohaterów o niepowtarzalnych i skrajnie różnych charakterach. Na znanej legendzie o św. Jerzym, autor oparł strukturę, stworzonego przez siebie, smoczego uniwersum, gdzie stwory je zamieszkujące nazywają ludzi  "jerzymi", co wielokrotnie owocuje w komiczne sytuacje, np warta wspomnienia sprawa z jerzym płci żeńskiej.

Ciekawy, barwny świat i porywająca fabuła to nie wszystko, co pisarz oferuje nam w swoim utworze. Książkę bardzo szybko się czyta także za sprawą dużej ilości rozbudowanych dialogów oraz skromnych objętościowo opisów, które pozostają dokładne i plastyczne. Kolejnym pozytywem jest humor, który ani na krok nie odstępuje czytelnika, momentami przechodząc w czarny i ołowiany. Dzieło liczy sobie tylko 255 stron. Jednak rozgrywająca się na nich historia, choć krótka, nie pozostawia po sobie niedosytu w zamian oferując zgrabne i satysfakcjonujące zakończenie.

Zazwyczaj wady stanowią bardzo ważny element każdego dzieła. Czasami odnoszę wrażenie, że są one spoiwem spinającym wszystko wielką klamrą obowiązku. Jednak powieść "Smok i jerzy" pozostaje w ten sposób niekompletna, czym ogromnie zaplusowała.
Zawsze uważałam, że dogodzić wszystkim się nie da, albo jak kto woli, "jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego". Pióro Dicksona zmusiło mnie jednak do porzucenia swojego zdania. Uważam, że każdy człowiek odnajdzie w tej książce coś dla siebie bez względu na preferowany gatunek. Ograniczenia wiekowe, czy światopoglądowe również nie maja w tym przypadku najmniejszego znaczenia, dlatego też zachęcam do tej lektury  wszystkich.

4 komentarze:

  1. atramentpiora27 lipca 2011 10:09

    Recenzja wzorowa, z pewnością sięgnę po książkę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytam na pewno, nich no tylko wpadnie mi w łapki! Poza tym uwielbiam Borisa Valleyo i juz sama okładka nie pozwoli bym przeszła obojętnie koło tej książki :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Feledor - cieszę się bardzo, że chcesz ją przeczytać, bo naprawdę warto. A jeśli idzie o okładkę, to doskonale spełnia powierzone jej zadanie :). Życzę miłej lektury.

    BTW. Książki szukaj w antykwariatach i bibliotekach, bo w księgarniach ciężko będzie Ci ją znaleźć.

    OdpowiedzUsuń