"Książki to także świat, i to świat, który człowiek sobie wybiera, a nie na który przychodzi."
wtorek, 28 czerwca 2011
"Gniew Meleghorna" Opowieści z borgaanu tom drugi
"Brama Wezyra"

piątek, 17 czerwca 2011
Potworny regiment

Potworny Regiment to kolejna, napisana w świetnym stylu, powieść Pratchetta. Cięty dowcip, a także sarkazm to cechy, bez których ciężko byłoby wyobrazić sobie którekolwiek dzieło tego geniusza współczesnej fantastyki. I te nieśmiertelne cechy pratchettowskiego stylu obowiązkowo pojawiają się również tutaj, jednak trochę w skąpych ilościach i bez wielkiej rewelacji, którą bardziej mogła poszczycić się Straż Nocna.
Kiedy wzrok po raz pierwszy weźmie we władanie jakąś książkę, pierwszym,
na co zwrócimy uwagę będzie to, co oczy pozwolą nam zobaczyć-okładka (no chyba,
że potraficie takową okładkę obejść rentgenem w oczach ;p ). Ta tutaj może zdradzić nieco fabuły pod warunkiem, że ktoś, kto podchodzi do niej łopatologicznie, jest wyposażony w odrobinę wyobraźni. Wierzch książki to kolejny żart Pratchetta wyśmienicie przerysowany przez Paula Kidby’ego na okładkę. Ilustracja jest parodią znanej fotografii żołnierzy ustawiających sztandar nad Iwo Jimą. Tytuł powieści też ma wiele do powiedzenia. Nawiązuje on do XVI-wiecznego traktatu The First Blast Of The Trumpet Against The Monstrous Regiment Of Women. Ale w tym miejscu muszę przemilczeć powiązania tego z fabułą książki.
Mając przed oczami obraz sytuacji z okładki, możemy z łatwością odgadnąć, że czekają nas pełne godziny przy znakomitej, trafnej parodii armii, wojny i wszystkim, co z nią związane. Gdybyśmy chcieli na siłę zamknąć fabułę w kilku słowach, to właśnie te byłyby odpowiednie.
Główną bohaterką powieści jest młodziutka barmanka z borograviańskiej karczmy. Kraj, w którym żyje Polly Perks, skrępowany jest powikłaniami wynikającymi z licznych bezsensownych wojen oraz równie bezsensownych zakazów religijnych.
Polly pragnie odnaleźć zaginionego brata. Kierowana tym nagłym impulsem ścina włosy i pod przebraniem chłopca zaciąga się do armii o bardzo dziwacznym i dość niekonwencjonalnym składzie personalnym. Dziwaczność zwykle skrywa jakieś tajemnice i nie inaczej jest w tym przypadku.
Dowiecie się m.in. o pomocy, jaką oferuje para skarpet, a także będziecie wiedzieć, co jest…obrzydliwe. Większość z Was pewnie rozpozna starych znajomych, jak choćby ekipę azety, czy Vimesa i Anguę z Ankh-Morpork.
Książka godna polecenia czytelnikom, którym twórczość Terry’ego jest w pewnym stopniu już znana. Natomiast nowicjuszom proponuję odłożyć ją na trochę później i zacząć swoją przygodę od Blasku Fantastycznego lub Koloru Magii ;).
Podróże kształcą.
„On umie rozpoznać ulicę. Słyszy jej głos, mierzy jej temperaturę, czyta jej myśli, ulica przemawia do niego przez podeszwy butów”.
Tak, tak, Samuel Vimes to prawdziwy rasowy glina. Potrafi wybrnąć z każdej sytuacji i choć jest potwornym cynikiem, to jednocześnie pozostaje idealistą. On po prostu jest Dobrym Facetem, który dba o prawo w taki sposób, że przestaje nam się ono kojarzyć z kruczkami, a zaczyna ze Sprawiedliwością.
Straż Nocna to ważki etap ewolucji, jaką Sam przechodzi w całym cyklu o Straży. Ze stałego bywalca ankh-morporskich rynsztoków przeistacza się on w stałego (choć nie do końca dobrowolnego) bywalca ankh-morporskich salonów. Czasy salonów męczą Sama, wolałby wrócić do chwil, w których w deszczu przemierzał ulice Mroków.
Jak to mówią: uważaj na swoje życzenia, bo mogą się spełnić. Mądre ludowe porzekadło sprawdza się i w przypadku Vimesa. W chwili, gdy jego żona rodzi, Nadrektor bierze kąpiel, a on sam dopada znienawidzonego szurniętego przestępcę, coś idzie nie tak, czas i przestrzeń płatają figle i Vimes wpada do innej nogawki Spodni Czasu. A konkretnie: do swojej własnej przeszłości, gdy jeszcze był młody, naiwny i nie wiedział nic o polityce. A wszystko to, gdy kwitną bzy, z głębin pamięci wypływają słowa żołnierskiej piosenki i gdy zbliża się kolejna rocznica rewolucji. Gdzieś z tyłu mnisi w szafranowych szatach zamiatają ulice bądź uderzają dłońmi w małe bębenki.
I tym razem Pratchett, we właściwym sobie lekkim stylu i z niezwykle żywym, oryginalnym humorem snuje fabułę, która nie pozwala nam oderwać oczu od kart książki, aż do około piątej nad ranem, kiedy akcja się kończy i kiedy orientujemy się, że niestety jutro (a w zasadzie to dzisiaj, ojej) trzeba wstać do pracy. Pratchett opowiada nam o wydarzeniach, które miały miejsce jeszcze zanim Reg Shoe zmarł (i obudził się prawie całkiem żywy w trumnie), przywołuje stare, dobre, szkolne lata młodości Vetinariego, uświadamia nam, że Fred Colon zawsze był przyciężkawy i tępawy, a Nobby Nobbs jest... no cóż, jaki jest, ponieważ wychowała go ankh-morporska ulica. W tle toczy się walka. Rewolucyjna walka na śmierć i życie. Walka o Prawdę, Sprawiedliwość, Wolność i Jajka Na Twardo! (nie pytajcie, przeczytajcie).
Mechanizm rewolucji, mechanizm historii, mechanizmy ludzkich pragnień i wspomnień to tylko niewielka część mechanizmów, które przebrany za mechanika Terry chce przed nami odkryć, ale — jak to on — dodaje do tego zębate kółko wartkiej akcji, nakręcane brytyjskim komizmem.
Pięknie rozwinięta kreacja głównego bohatera, wspaniale odświeżony motyw podróży w czasie i niezwykła niespodzianka, którą jest oglądanie przeszłości ulubionych bohaterów, tworzą ze Straży Nocnej prawdziwe mistrzostwo.
czwartek, 16 czerwca 2011
Szántó György "Stradivari"
Wbrew tytułowi, głównym bohaterem książki są skrzypce - piękne, choć nie całkiem niewinne dziecko Stradivariusa. Pięknemu instrumentowi bezustannie towarzyszy tragedia głupoty ludzkiej, a także ogromna chęć posiadania niejednokrotnie przepłacona życiem.
Te wydarzenia nie ochłodziły jego zapału i chęci tworzenia. Włoch w swych pracowniach lutniczych postradał młodość, urodę i szacunek. Choć sam był już stary i zgorzkniały, potrafił wydać na świat rzeczy bardzo piękne. Altówki, wiolonczele i skrzypce, które wytwarzał były w każdym calu znakomite, jednak Stradivari był wobec samego siebie, jako stwórcy, dość srogi. Niezadowolony ze swej pracy wciąż eksperymentował i poszukiwał w swym umyśle przepisu na coś fenomenalnego, coś, co w końcu spotka się z jego satysfakcją.
Pewnego dnia, po kilkudziesięciu latach morderczych prób przypłaconych bólem i samotnością, udało się. Mistrz stworzył instrument, który stał się godny jego imienia i całego życia, jakie mu poświęcił. Skrzypce były wspaniałe, o idealnych kształtach i cudownym brzmieniu. Antonio w całym swym zachwycie poczuł beznadziejny strach, pokładając zaufanie w nagłym, lecz słusznym impulsie, postanowił spalić dzieło swojego życia. Ktoś mu jednak w tym przeszkodził...
Czytelnik ma szanse nie tylko prześledzić losy wszystkich bohaterów, ale może ich poznać, polubić lub znienawidzić. Natomiast czas twórczości lutnika, poprzez magię tej książki, staje się także naszym czasem. Słownictwo również jest na miarę tych odległych duchowo XVII-wiecznych Włoszech, co czyni tę książkę trudniejszą w odbiorze, stanowi to jednak jej jedyną poważniejszą wadę.
Oko Węża - Opowieści z Borgaanu tom pierwszy

Jest to interesująco zarysowany i przemyślany w swej strukturze świat fantasy zrodzony od podstaw. Z nowymi nazwami, na których z łatwością czytelnik połamie język, z mapą nowych krain, które niemalże widać na wyciągnięcie ręki oraz spisem nowych bohaterów - żywych i nietuzinkowych.
Podczas lektury widać, że autor dysponuje rozległą wiedzą architektoniczną, posiada również obeznanie w obyczajach rycerskich oraz nieobce są mu prawa fizyki.
Dramatyczne wybory rządzą niemal całą powieścią. W dwóch pierwszych opowiadaniach są przyczyną wielkiego nieszczęścia, a dalej wcale nie robi się kolorowo.
Mamy oto trójkę najemników, z których jeden musi się poświęcić, by odnaleźć tytułowe Oko Węża stanowiące magiczny artefakt o niezwykłej mocy. Nagrodą może być spełnienie marzeń oraz życie towarzyszy. Jednak w świecie wykreowanym przez tajemniczego pisarza nic nie wydaje się takie oczywiste.
W czwartej odsłonie borgaańskich opowieści mamy grupkę zbrojnych ochraniających kupiecki tabor.
Bard Tamney, Berrik Arus, nawet bracia Dragor i Bragor – przychodzi taki moment, w którym każdy z czwórki powinien opowiedzieć się po którejś ze stron. Od tego, jaką podejmą decyzję, zależy los każdego z nich.
Ostatnim opowiadaniem autor wprowadza czytelnika w kolejny, tom Opowieści z Borgaanu „Gniew Meleghorna”.
„Zmierzch Tytanów” jest zupełnie inny, oderwany od poprzedzających je opowiadań. Tutaj wchodzimy już w sferę zarezerwowaną wyłącznie dla bóstw. Nie ma zmiłuj. Niezatarte pretensje skutkują nieodwracalnymi czynami. Do głosu dochodzi typowa u wszechpotężnych istot, wynikła z przekonania o własnej potędze, arogancja. A tu jeszcze pojawił się ktoś – lub coś – kto zagraża nawet im, nieśmiertelnym. Wypracowanie wspólnej obrony przed nieznaną mocą chyba nie będzie możliwe. Ale kto może wiedzieć to na pewno?
Ogromnym plusem dzieła jest także bardzo bogate słownictwo, z pomocą którego autor w świetny sposób buduje scenerię i nastrój swej opowieści.
W twórczości naszego anonima bardzo pozytywnie odbieram wielowątkowość i sensacyjność. Pisarz snuje doskonałe intrygi, co sprawia, że charakter wielu opowieści nosi znamiona kryminału.
Diabelska pomyłka, czy coś więcej?

Chłopiec ma silne postanowienie - chce po śmierci trafić do nieba, by spotkać się z tatą, którego nigdy nie zdążył poznać. Skupiony na byciu dobrym nastolatek irytuje swym zachowaniem wszystkich wokół, przez co nie ma żadnych przyjaciół. Los jednak "wynagradza" mu te braki zsyłając licznych wrogów.
Pewnego dnia, z pomocą swego odwiecznego dręczyciela, Filip trafia pod samochód i traci życie.
Po tragicznej śmierci zderza się z wielkim rozczarowaniem, gdyż nie trafia do nieba, ale ląduje na progu otchłani. Tam dowiaduje się, że jego przybycia oczekuje nie kto inny jak sam Pan Piekieł.
Diabeł nie może sobie jednak pozwolić na wymianę chłopca, bo, choć wydaje się to niemożliwe, jest umierający. Zdesperowany szatan będzie musiał przygotować Engela do przejęcia władzy w piekle, ma on niewiele czasu, by z beznadziejnie anielskiego chłopca uczynić pierwszorzędnego diabła.
Diabeł natomiast w wolnych chwilach gra w kości ze swym starym (wręcz odwiecznym) przyjacielem, którym jest Bóg oczywiście.
Prócz diabłów i demonów, otchłań zamieszkują inne stworzenia, takie jak banshee, szeptacze i wargi. Wędrując po świecie wykreowanym przez Kenetha napotykamy na drodze też mnóstwo postaci biblijnych. Już na samym początku przygody Filipa naszym oczom ukazuje się obraz Poncjusza Piłata odbywającego swoją karę, później natykamy się na Dawida i Goliata. Każdy z wyroków dla potępionych został przez autora dokładnie przemyślany. Jak widać o brak różnorodności duńskiego pisarza posądzać nie można.W dzieło wpleciony został również temat detektywistyczny. Filip wspólnie z uroczą diablicą zastanawia się nad prawdopodobieństwem choroby swego nauczyciela. Chce wiedzieć co tak na prawdę spowodowało złe samopoczucie u Lucyfera i jakie tajemnice skrywa wnętrze jego pałacu.
Autor pod sielskimi treściami dotyczącymi licznych perypetii głównego bohatera przemyca wątki filozoficzne i czysto moralne. Andersen mimochodem zmusza do refleksji nad licznymi pokusami, zastanawia się nad możliwością istnienia dobra bez zła. Stara się dowiedzieć czy rację bytu ma "kłamstwo w słusznej sprawie" i porusza wiele innych ważkich tematów.
środa, 15 czerwca 2011
Anielski najemnik

"Kłamca" zasobniony jest w cięte dialogi, ironiczny, niekiedy czarny humor, a odpowiednio dawkowane wulgaryzmy i gry słowne dodają klimatyczności opowiadaniom.
Jednak pojawia się budząca trochę niepokoju, lecz nadal kusząca okazja.
Zadowalający efekt szturmu niebiańskich zastępów na Valhallę, sprawia, że Archanioł Michał decyduje się uwolnić adoptowanego syna Odyna; boga obłudy i patrona oszustów, zwanego Kłamcą.
Ocalały po Ragnarök olbrzym* jest żywo zainteresowany "pierzastym pieniądzem" serafinów, co, ku uciesze Michała, skłania go do przyłączenia się do zwycięzców i zostania bardzo cennym sojusznikiem skrzydlatych.
Jako postać mitologiczna ma dużo większe możliwości działania, nie ograniczają go prawa i nakazy chrześcijańskiego boga. Dzięki zdolnościom mylenia ludzkich zmysłów kłamstwem i iluzją, staje się bardzo przydatny, a z czasem niezastąpiony, co pozwala mu powoli owijać sobie wokół palca swoich zleceniodawców.
Przy okazji swoich działań Kłamca pokazuje nam całkiem spory kawałek świata. Jesteśmy we Wrocławiu, później w mitycznej Valhalli i Egipcie.
Silą książki są także bardzo wyraźne i kontrastujące ze sobą charaktery bohaterów. Po jednej stronie trójka archaniołów. Zapalczywy i bezwzględny Michał, budzący złowrogie wrażenie płonącym tatuażem wokół oka; anielski wysłannik śmierci Gabriel oraz lakoniczny Rafael. Zaś po drugiej kłamliwy bóg Loki - buntowniczy, ironiczny i bezczelny, pomimo tych cech, nordyckiego boga trudno nie polubić. Jego wielkie ego, poczucie humoru, wygodnictwo i urok osobisty tworzą mieszankę postaci ujmującej i niezwykle ciekawej… a przede wszystkim – ludzkiej. Jego słabości są bliskie naszej człowieczej naturze. Kłamca pali papierosy, denerwuje się, złości, smuci i jest uzależniony od wykałaczek...
Sięgnij po odpowiedni neuroleptyk
W drugim opowiadaniu - "Pozwól mi żyć" widać wyraźnie ogromny potencjał autora, który daje sobie nieźle radę w tematyce wojennej. Dobrze zbudowane napięcie, szybka akcja, bohater, który potrafi wywołać w nas emocje zarówno dobre jak i te negatywne. To opowiadanie wg mnie może być obietnicą czegoś naprawdę dobrego w dłuższej formie.
Książka godna jest przeczytania i refleksji nad tekstami w niej zebranymi, ale nad jej zakupem warto się dłuższą chwilę zastanowić.
Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości portalu dla miłośników książki